Jak wytłumaczyć brak tłumaczenia – wrażenia z filmu „Plemię”

Oglądając film z lektorem lub napisami, odruchowo korzystamy z tłumaczenia audiowizualnego jako niezbędnej warstwy przekazu. Cieszy też coraz więcej udogodnień zmniejszających bariery w odbiorze – audiodeskrypcja, napisy dla niesłyszących, tłumacz migowy… A gdyby tak odwrócić role, i barierą w odbiorze uczynić to, że większość z nas posługuje się słuchem? Czy taka bariera, oprócz zmuszenia do myślenia, mogłaby być filmowym środkiem wyrazu?

To pytania, z którymi wybierałam się na pokaz filmu „Plemię” Mirosława Słaboszpyckiego. To pierwszy film pełnometrażowy tego reżysera, ale pokaz na Warszawskim Festiwalu Filmowym nie był jego premierą. Film został nawet wyróżniony w Cannes i recenzji mu nie brakuje, więc tym razem skupmy się głównie na jego niestandardowej formie.

Zacznijmy od banału: skoro bohaterami są ukraińscy Głusi ze szkoły specjalnej, nie można powiedzieć, że „Plemię” to film niemy. To film z dialogami, które w całości toczą się w ukraińskim języku migowym. Widzowie słyszący nie mają do dyspozycji napisów ani lektora, i nie koniec na tym – nie widzimy nawet tego, co Głusi i słyszący czasem piszą do siebie na kartkach (to ostatnie było kluczowe w krótkometrażowej „Głuchocie” tego samego reżysera). Celowy brak tłumaczenia ma ciekawe skutki zarówno od strony zrozumienia fabuły, jak i doboru języka filmowego.

Fabuła jest analizą stopniowego awansu nowego ucznia liceum dla Głuchych w ramach niemal mafijnych struktur tworzonych przez rówieśników. Z początku zastraszony i ignorowany „nowy” schodzi do kolejnych kręgów piekła – od pierwszej butelki wódki i rabunku do brutalnego morderstwa. Łatwo domyślić się można także motywów postępowania bohaterów, bo nie ma tu snucia planów czy retrospekcji, i każdy kadr mniej lub bardziej wynika z poprzednich. Ale ukryta przed nami treść dialogów mocno działa na wyobraźnię. Można mimowolnie gubić się w domysłach, dlaczego postacie nagle są w danym miejscu, co do siebie mówią, jak komentują coraz bardziej zacieśniającą się wokół nich pętlę, i czy ktokolwiek z nich w ogóle głośno (a raczej… wprost) wspomina o ucieczce ze spirali przemocy. Imiona bohaterów widzowie słyszący również znają tylko z podsumowań fabuły.

Gdy głusi bandyci są we własnym gronie, cisza działa na ich korzyść – przygotowując zasadzkę, nie muszą ze sobą rozmawiać, a tym bardziej nie targują się z ofiarami. Zapewne łatwiej jest ukryć podwójne życie szkoły przed sąsiadami – awantura w środku nocy nie zaczyna się krzykami, lecz zapaleniem światła w pokoju. Wszystkie braki słowa mówionego odczuwa się raczej w sferze informacji – emocje są bowiem wypisane nie tylko na twarzach, ale i widoczne w całej mowie ciała bohaterów. Nie są przesadnie kontemplowane – wykorzystywanie języka migowego do studium emocji rażąco nie pasowałoby do bezpośredniości i brutalności filmu. Zdecydowanie przesadził pewien anglojęzyczny recenzent, widząc w scenie bójki baletową harmonię ruchów.

Środki filmowego wyrazu są surowe i zupełnie inne niż w kinie niemym. Filmom niemym towarzyszyła muzyka na żywo, a scenarzysta starał się, by sekwencje były trochę naiwne i zawsze zrozumiałe – zdarzały się nawet kadry-tabliczki z niezbędnymi informacjami. W „Plemieniu” nie ma ani jednego taktu muzyki czy znaczącego napisu. Słyszymy tylko dźwięki otoczenia. W pewnym momencie dają poczucie przewagi (jeden z bohaterów ginie przejechany przez ciężarówkę, której nie zauważa), ale przeważnie nic nie wnoszą. Język migowy „słychać” tylko w momentach wyjątkowego wzburzenia, kiedy rozmowa przypomina szarpaninę. Podobnie ze scenami seksu – sprawiają wrażenie beznamiętnego trącania się ciał, a chemia i ekstaza nie mają prawa głosu. Ledwie kilka dźwięków wydanych krtanią robi na takim tle duże wrażenie – te zawsze wiążą się z wyjątkową agresją albo bólem.

Brak mówionych dialogów i muzyki skłania też do wyjątkowo mocnej koncentracji. Nawet gdyby film poruszał spokojniejszą tematykę, nie dałoby się na nim zdrzemnąć. Reżyser prowadzi kamerę wolno, jakby od niechcenia – sceny sprawiają wrażenie filmowanych „z ręki”, gdy się za kimś idzie, albo przechwyconych z nieruchomych kamer przemysłowych. Częste są długo trwające kadry, w których oprócz ciał rozmawiających osób nie drgnie nawet listek. Z początku się dłużą, ale później podstępem wciągają w świat niezrozumiałych znaków i dodają filmowi realizmu – tak statycznego montażu nie ma chyba nawet w dokumentach. Widz czuje się jak szpieg w świecie Głuchych, a jednocześnie bierny obserwator systemu, w którym przemoc utrwala się w ciągle tych samych koleinach.

Na warszawskim pokazie „Plemienia” było kilka grup osób Głuchych, ale i oni mogli czuć się nieswojo – w końcu krajowe języki migowe często różnią się od siebie bardziej, niż wynikałoby to z geografii. Podobno ukraiński język migowy, tak jak polski, czerpał w swoim rozwoju z francuskiego migowego, ale kto wie, jak potem rozeszły się ich drogi. Anegdota mówi, że dla Głuchych z Zachodu ukraiński migowy jest zrozumiały w około jednej piątej. Jeśli ten tekst przeczytała osoba biegle znająca polski migowy, która mogłaby naświetlić sprawę – prosimy o kontakt i podzielenie się wrażeniami z filmu ☺

Na pewno poleciłabym film jako ciekawy eksperyment artystyczny i… pewną odmianę dla tłumaczy audiowizualnych, którzy czasem nie potrafią oderwać się od analizowania tłumaczenia ☺ A jeśli ktoś ma nadzieję na relaks przy filmie o sztubackich wybrykach, to czeka go srogi zawód – zostanie w przejmującej ciszy wbity w fotel.

Karolina Milewska, współpraca: Łukasz Dutka
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.